Weekend we Lwowie

Lwów wita

Lwów wita

Lwów, miasto uznawane za najpiękniejsze w dawnej Galicji a od 1946 r. obiekt nostalgii miasta utraconego oraz miejsce pamięci zmarłych rodaków (Cmentarz Łyczakowski). Od kilku lat Lwów odkrywany jest na nowo i to nie tylko w kontekście turystyki historycznej, ale także imprezowych weekendów przeplatanych ze zwiedzaniem popularnych dzielnic miasta. Taki był mój pomysł na krótką wizytę we Lwowie: weekend bez ambicji udawania uważnego turysty z mapą. Oto krótka relacja/poradnik, jak nie zgubić się podczas trzydniowej wizyty w tym ładnym mieście.

Dojazd do Lwowa

Z Warszawy wyruszyliśmy autem około godziny 6:30, o 13:00 byliśmy na przejściu granicznym w Korczowie. Auto zostawiliśmy na parkingu po stronie Polskiej. Granicę pokonaliśmy pieszo, choć mimo to nie uniknęliśmy sporych kolejek. Upał, zmęczone twarze ludzi, smutni strażnicy graniczni sprawdzający bardzo skrupulatnie każdy paszport. Wszyscy entuzjaści wyjścia z UE powinni karnie odstać w takiej kolejce pełnej kontroli paszportowej kilka godzin. Z przejścia granicznego do Lwowa jest trochę ponad 60 km – ten odcinek pokonaliśmy busem, który wynajęliśmy telefonicznie kilka dni przed wyjazdem. Czekał na nas Pan Andrzej, ukraiński kierowca, który przerzucił nas do Lwowa. Andrzej przy okazji opowiedział o ciekawych atrakcjach miasta. Na miejsce docieramy po godzinie, wjeżdżając przez kocie łby, które witają tuż przed historycznym centrum miasta.

Okolice rynku

Alternatywą dla auta może być pociąg (kursują raz dziennie, obecny czas podróży – ponad 15h!) lub tani lot (Ryanair z Krakowa lub Warszawy-Modlina).

Ważne info przydatne przy powrocie do Polski: z Ukrainy nie wywieziemy za dużo pamiątek alkoholowych, bo limity są wyśrubowane – można przywieźć 1 litr alkoholu powyżej 22 procent (czyli m.in. wódki!) i nie więcej niż 4 litry wina. Mało. To samo z fajkami – papierosy na Ukrainie są po 3-4 zł. Graniczny limit: dwie paczki (paczki, nie kartony).

Cmentarz Łyczakowski

Cmentarz Łyczakowski

Tanio jak we Lwowie

Ciekawa architektura? Historia? Barszcz? Tak, to ważne, ale… nie oszukujmy się, do Lwowa przyciągają ceny, które są po prostu niskie. Polak na Ukrainie może przez chwilę poczuć się jak Niemiec w Polsce – jest okazja puszczać gotówkę bez skrupulatnego kalkulowania każdego rachunku i metki. Piwko w barze za 3 zł, kawa za 1 zł, bilet do muzeum za 2 zł? Tak, to możliwe.

Złote polskie (PLN) na hrywny ukraińskie (UAH) – 10 PLN = 71 UAH (stan na kwiecień 2018)

Koszty noclegów również zachęcają – wynająłem spory 5-osobowy booking w ścisłym centrum za 300 zł na dwie doby. Dlatego koszty weekendu we Lwowie, nie licząc dojazdu, można zamknąć w 300 – 350 zł (wliczając zakupy drobnych pamiątek i zakupy spożywcze). Taką kwotę można lekko puścić jednego dnia w Krakowie po zaliczeniu dwóch knajp na rynku.

Ulice Lwowa

Ulice Lwowa

Urokliwe, trochę senne miasto

Lwów to dobrze zachowana architektura, klimatyczne uliczki i niezniszczone przez wojnę reprezentacyjne kamienice, kaplice, fontanny i place. Mitem jest, że Lwów jest miastem niezadbanym i pełnym socjalistycznej spuścizny. Rewitalizacja trwa, jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej – miasto ma na pewno duży potencjał, bo jest co odnawiać w przeciwieństwie – niestety – do Warszawy.

W centrum miasta nie sposób nie wpaść na Operę Lwowską, wokół której skupia się duża część ruchu turystycznego Lwowa. Spora kolejka do Opery oraz gwar tego miejsca szybko odstraszają, dlatego ulubionym miejscem stał się dla mnie i znajomych Park Iwana Franki, który jest najstarszym parkiem miejskim na Ukrainie. Uliczki parku prowadzą m.in. do Hotelu Dniestr, który słusznie uznawany jest za najlepszy punkt widokowy w okolicy. Hotel od samych progów bucha postkomunistyczną aurą, a na jego ostatnim piętrze znajduje się kawiarnia z super widokiem na cały Lwów. Liczba osób w kawiarni – mała, jedzenie całkiem niezłe. Warto odwiedzić.

Panorama z Hotelu Dniestr

Panorama z Hotelu Dniestr

Resto na ostatnim piętrze Hotelu Dniestr

Resto na ostatnim piętrze Hotelu Dniestr

Spacerując po okolicach rynku, przypadkiem trafiliśmy na knajpę, która okazała się przybudówką do lokalnego browaru kraftowego. “Prawda Teatr Piwa” to świetne miejsca dla fanów piwa, niezłego jedzenia, a przede wszystkim modnych i obleganych lokali. W sklepie przy browarze można zakupić piwka z Trumpem lub z Putinem (nazwa butelki “Putin jest dupkiem”). Artykuły w sklepie cieszą oko fantazją etykiet, a dodatkowo na półkach można wygrzebać masę oryginalnych gadżetów, koszulek, otwieraczy, itp. Ceny piwa całkiem ok – od 18 UAH (2,5 zł) za 0,25l.

Nasze pierogi są lepsze

Ukraińska kuchnia zaskoczyła – negatywnie. Klasyka, czyli pierogi i pielmieni były nijakie w smaku, a gęsta śmietana lana głębokimi łyżkami nie ratowała sytuacji; nasze pierogi z baru mlecznego na Warszawskiej Pradze są smaczniejsze. Ichniejsza odmiana barszczu ukraińskiego (bez fasoli!): wszystko wizualnie się zgadzało, po zupie pływały nawet fajne oczka tłuszczu (siła boczku i smalcu), ale smak był przeciętny. Być może nie miałem szczęścia trafić na dobrą knajpkę, a być może kuchnia ukraińska nie trafiła w moje proste podniebienie.

Kanapka z czerwonym kawiorem

Kanapka z czerwonym kawiorem

Nikogo nie zaskoczę: barszcz

Nikogo nie zaskoczę: barszcz

Nasze lepsze!

Nasze lepsze!

Na uwagę zasługuje za to kultowa Kryivka – restauracja utrzymana w klimacie partyzanckiego bunkra. Szyldów i oznakowań jej położenia próżno szukać (ale widać ją na Google Maps). Wejść można jedynie podając hasło – „Slava Ukrainie”. Zaraz za drzwiami obowiązkowy szot wódki polany przez partyzanta uzbrojonego w pepeszę Jedzenie podawane jest w blaszanych miskach jak przystało na klimaty „okopowe”. Menu jedynie po ukraińsku ale obsługa rozumie trochę po polsku. Barszcz ukraiński doskonały, pielmieni przyzwoite. Przy wyjściu można sobie zrobić zdjęcie z działkiem przeciwlotniczym.

W Lwowskiej kuchni ważna są także ryby (śledzie i inne małe rybki), a także słodycze i desery. Słodkości okazały się największym hitem wyjazdu. Czekolada zjedzona na raz nie była żadnym problemem, sernik wielkości dużego talerza – również. W tym miejscu polecam popularną kawiarnię Virmenka, gdzie kawa parzona jest w malutkich tygielkach na rozgrzanym piasku. Obsługa trochę zmęczona turystami, ale kawa i dodatki – warte polecenia.

Kawiarnia Virmenka

Kawiarnia Virmenka

Kawiarnia Virmenka - sposób parzenia kawy: piasek

Kawiarnia Virmenka – sposób parzenia kawy: piasek

Z wizyty w licznych lwowskich knajpach na pewno będą zadowoleni fani czerwonego mięsa, bo Lwów to ostoja boczku, słoniny, żeberek (dania zarówno w wersji na słono, jak i słodko). Z napojów trzeba wspomnieć o kwasie chlebowym obecnym na każdej sklepowej półce oraz dobrych koniakach.

"Kawałek" ciasta

„Kawałek” ciasta

Kelnerzy niekoniecznie mówią po angielsku, znają czasami podstawy polskiego. Z owymi kelnerami trzeba uważać, ponieważ prawie zawsze rachunek nie zgadzał się z tym, co otrzymaliśmy na stół. Czyli zamawialiśmy 5 potraw, otrzymywaliśmy 3 potrawy, a na rachunku nadal widniało 5. Przy zamawianiu alkoholi trzeba także wskazać palcem na jakim alkoholu nam zależy. Inaczej otrzymamy najdroższą flaszkę w okolicy.

Lwowskie prezenty

Spożywcze zakupy na drogę powrotną trzeba zacząć od stoisk ze słodyczami w jednym z marketów. Króluje prezydencka marka Roshen, czyli źródło fortuny Petra Poroszenki. Czekolady, batoniki i inne słodkości są pełne smaku, trochę pachną miodem. Drugą pozycją jest dział z alkoholami (koniaki – dobre i tanie, testowaliśmy trzy dni), a także rybny (puszka niezłego kawioru – 8 zł). Na koniec sosy i ketchupy – zazwyczaj w saszetkach, po 1 zł “na nasze”. W smaku są zacne, polecam zrobić większy zapas.

Rupiecie ze straganów

Rupiecie ze straganów

Poza artykułami spożywczymi zainteresowałem się – tradycyjnie – magnesami, które są oryginalne i tanie jak ukraiński barszcz (nie więcej niż 2 zł za sztukę). Dla koneserów szrotu: w kilku budkach pod Operą Lwowską można dogrzebać się gadżetów z Euro 2012. Dla szperaczy zostają także liczne targi staroci, gdzie obok kiczu leży dużo ciekawych rarytasów (dla koneserów – Mein Kampf czy opaska ze swastyką).

Życie nocne

Jest i kręci się całkiem nieźle. Szczegóły zdradziłby najtrafniej mój kumpel Łukasz, ale prosił, aby nie pisać o nim w tym fragmencie wpisu (Maciej zdradziłby tyle samo gdyby nie poszedł spać – gościnnie we wpisie przyp. kumpel Łukasz).

Polecam duży klub Malevich, który jest połączeniem modnego klubu i bułgarskiej dyskoteki w stylu 2004 roku. W weekend wieczorami na ulice wylewa się wiele młodzieży, w tym sporo rodzimych wycieczek. Niektóre miejsca są zresztą okupowane przez Polaków, przez ulice przetaczają się zarówno wieczory panieńskie, jak i kawalerskie.

Nie baw się telefonem

Koszty transmisji danych i rozmów telefonicznych na Ukrainie są wysokie. Cena za 100 kB transferu, w zależności od operatora, to około 4-5 zł. Na szczęście we Lwowie jest wszechobecna sieć WiFi, podpięcie się pod dobry hotspot jest łatwiejsze niż w Mediolanie czy Berlinie.

Sorry, musiałem dodać to foto :D

Sorry, musiałem dodać to foto 😀

Lwów > Kraków

Lwów to świetny cel podróży na weekend: życie w mieście płynie nieco wolniej, ceny zachęcają, lokalna społeczność nie broni się jak Kraków przed Anglikami (jeszcze), a historyczne zaszłości miasta miksują się z nowoczesnymi miejscami dostosowanymi do przeciętnego turysty. Euro 2012 na pewno pomogło w poprawie jakości dróg dojazdowych, a czesanie turystów przez miejscową policję to mit. Na pewno warto zarezerwować 1-2 weekendy w roku na Lwów, który może być dobrą bazą wypadową dla odwiedzin Kijowa i Odessy. 🙂

 


Leave a Comment