Porto: mozaiki, ocean i wino (część I)

Peryferie dzielnicy Ribeira

Peryferie dzielnicy Ribeira

Portugalia – kraina dorsza, Ronaldo i właściciela Biedronki. Kiedyś potęga militarna i kolonialna, dziś mały kraj borykający się ze sporym bezrobociem. Porto, zaraz obok Lizbony, to główny target turystyczny kraju. 

Miasto odwiedziłem wraz ze znajomymi w marcu, trafiliśmy na kilka umiarkowanie słonecznych dni o temperaturze 15 stopni. W Polsce była zaawansowana zima, więc taka pogoda i tak była bardzo zachęcająca do spacerów. 4 dni wystarczyły, aby zobaczyć turystyczną klasykę Porto. Co więcej, podobnie jak miesiąc wcześniej w Barcelonie, wizyta zakończona spóźnieniem na samolot i jednym przymusowym dniem pobytu 🙂 Ale o tym później.

Loty do Porto udało się zakupić za małe pieniądze, około 350 zł w dwie strony (sklejka, czyli WizzAir w jedną stronę, w drugą – Ryanair). Z lotniska ruszyliśmy Uberem do centrum miasta (25 minut drogi). Była noc, więc nie kombinowaliśmy z transportem publicznym, chociaż do samego lotniska dociera tramwaj i autobus. Zatrzymaliśmy się w bardzo fajnym bookingu Charming Trindade Apartment – stara kamienica, wysoki standard, olbrzymi salon, kuchnia, taras. Wszystko za niewielką kasę – za 3 noce dla 4 osób zapłaciliśmy trochę ponad 1000 zł. Początek roku to nadal martwy sezon turystyczny, także w Portugalii.

Livraria Lello - księgarnia pełna książek i tłumów

Livraria Lello – księgarnia pełna książek i tłumów

Księgarnia, ogrody, dzikie koty

Z samego rana wyruszyliśmy w miasto. Na pierwszy ogień poszła Livraria Lello – słynna księgarnia, której wnętrze przypomina scenografię filmu fantasy. Miejsce tak samo urokliwe, jak i zatłoczone. Co ciekawe, księgarnia była w pełni zatowarowana i sprzedawała aktualne wydawnictwa, nie będąc jedynie zabytkowym wnętrzem z eksponatami. Wejście płatne – kilka euro.

Zaraz obok księgarni znajduje się skwerek z dwoma kościołami. Około 30 minut drogi – trafiamy do ogrodów Jardins do Palácio de Cristal, w których mimo licznych remontów, spędziliśmy połowę dnia na odkrywaniu kolejnych zakątków. Tutaj znajduje się najciekawsza panorama na rzekę Duero z pomarańczowymi dachówkami budynków w tle. Bardzo pocztówkowy widok, świetne miejsce na obserwowanie zachodu słońca, odpoczynek, spożycie jednego wina. Wyjście z parku to także duża atrakcja: błądzimy bardzo ciasnymi uliczkami, schodzimy stromymi schodami, a wszystko w scenerii domostw tubylców i bezpańsko spacerujących kotów. Czas coś zjeść. 

Kulinarne Porto

Kuchnia portugalska jest prosta. Nie jest najpiękniejsza, talerze nie są serwowane ze szczególną troską o nienaganny wygląd potraw. Mała Portugalia to również wielkie wina, które są znane na całym świecie.

   Podoba Ci się wpis? Poszukaj mnie na Facebooku lub Instagramie 😎


Narodową potrawą Portugalczyków jest solony i suszony dorsz, czyli bacalhau. To właściwie nie potrawa, a składnik różnych wariacji dań z wykorzystaniem dorsza. Z bacalhau w Porto było trochę jak z naszą kiszoną kapustą – narodowe danie, ale wcale nikt nie zajada się nią w knajpie na każdym rogu. Bacalhau często widniał w menu, ale w postaci panierowanych kotlecików – i tyle. Kuchnia portugalska stoi także ziemniakami i one wydają się właściwą gwiazdą tamtejszej kuchni. Są naprawdę dobre, choć przyrządzane na dobrze znane sposoby: talarki, frytki, grube chipsy. Frytki są jedyne słuszne, czyli z palca cięte, lekko słodkie. Do tego wszędzie i dużo oliwek: małych, niepozornych, z pestkami, ale za to pełnych smaku. Dla fanów konkretnych kalorii trzeba polecić francesinhę – tosta z różnymi mięsami (od kiełbas po boczek), z żółtym serem, całość zatopiona w sosie. Smak potrawy taki jak opis – specyficzny.

Najlepszy wybór: małe knajpy w niepozornych uliczkach

Najlepszy wybór: małe knajpy w niepozornych uliczkach

Najlepsze kulinarne Porto to małe, rodzinne restauracje i proste jadłodajnie, gdzie można kupić małe piwo i coś zjeść z krótkiej listy dań. Przykładem jest knajpa Casa Guedes, gdzie na stole leżały dwie pieczone nogi zwierzaków, z których siwy pan kroił kolejne kawałki mięsa, wkładając je do bułek. Do tego piwo i frytki. Koszty dań wahają się od 4 do 6 euro, małe piwo można kupić za niecałe 2 euro.

Porto w Porto

Kolejnym godnym polecenia miejscem jest Taberna Santo Antonio. Ludzi było pod korek, ale atmosfera przypominała bardziej imprezę, niż milczące oczekiwania na żarcie. Trochę jak nasze mety-sety, tyle że zamiast wódki i browarów – jedzenie. Zamówiliśmy półmisek ryb. Do tego, całkiem przypadkowo kupiliśmy kolejny półmisek chlebowej mamałygi, czyli acorda de gambas. W Polskiej kuchni chyba nie ma odpowiednika tej potrawy. I dobrze 🙂

Na talerzu - Acorda de gambas

Na talerzu – Acorda de gambas

Ważna uwaga: przed szukaniem wczesnego lub późnego obiadu warto przestudiować godziny otwarcia miejscowych lokali, które są zamykane w weekendy. Wtedy turysta jest skazany na standardowe fastfoody i sieciówki. Do tego dochodzą codzienne przerwy w funkcjonowaniu lokali (od około 13:00 do 15:00). 

Wino, czyli trzeba wypić kilka butelek Porto w Porto. Nie znam się na winach i mój słownik degustacyjny sprowadza się do “dobre” i “niedobre”. Porto jest zdecydowanie dobre. Pełne smaku, wzmacniane mocnym alkoholem, lekko likierowe. Słodkie odmiany tego wina mogą być deserem same w sobie. Winem łatwo się upić, bo zawiera prawie 20% alkoholu. Kolejna zaleta Porto.

Już niedługo część druga wycieczki po Porto.


Leave a Comment